<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:georss="http://www.georss.org/georss" >

<channel>
	<title>On the road</title>
	<atom:link href="http://blog.ewakokott.com/lang/en/feed" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://blog.ewakokott.com</link>
	<description>And yet another journey...</description>
	<pubDate>Tue, 08 Nov 2011 11:05:04 +0000</pubDate>
	<generator>http://wordpress.org/?v=2.6.5</generator>
	<language>en</language>
			<item>
		<title>Kolory, smaki i zapachy Maroka</title>
		<link>http://blog.ewakokott.com/lang/en/2011/04/30/kolory-smaki-i-zapachy-maroka</link>
		<comments>http://blog.ewakokott.com/lang/en/2011/04/30/kolory-smaki-i-zapachy-maroka#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 30 Apr 2011 10:13:47 +0000</pubDate>
		<dc:creator>ewKa</dc:creator>
		
		<category><![CDATA[Africa]]></category>

		<category><![CDATA[Maroko]]></category>

		<category><![CDATA[Journeys]]></category>

		<category><![CDATA[Essaouira]]></category>

		<category><![CDATA[Fez]]></category>

		<category><![CDATA[medina]]></category>

		<category><![CDATA[pustynia]]></category>

		<category><![CDATA[UNESCO]]></category>

		<category><![CDATA[zabytki]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://blog.ewakokott.com/?p=665&amp;lang=pl</guid>
		<description><![CDATA[Po minięciu cieśniny Gibraltar krajobraz zalał się rdzawo-czerwonym  piaskiem – to tak zawsze   wyobrażałam sobie Maroko. Wkrótce przekonałam  się, jak bardzo się myliłam, a kraj pełen jest wody i soczystej  zieleni. Przez tydzień mogłam odkrywać kolory, smaki i zapachy Maroka.

KOLORY

BŁĘKIT
Pierwsze co uderza w Maroku to kolory. Używanie  naturalnych barwników [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Po minięciu cieśniny Gibraltar krajobraz zalał się rdzawo-czerwonym  piaskiem – to tak zawsze   wyobrażałam sobie Maroko. Wkrótce przekonałam  się, jak bardzo się myliłam, a kraj pełen jest wody i soczystej  zieleni. Przez tydzień mogłam odkrywać kolory, smaki i zapachy Maroka.</p>
<p><span id="more-665"></span></p>
<p><strong>KOLORY</strong></p>
<div class="desc">
<p>BŁĘKIT</p>
<p>Pierwsze co uderza w Maroku to kolory. Używanie  naturalnych barwników roślinnych i mineralnych powoduje, że choć  nasycone, nie są jaskrawe i łączą się ze sobą harmonijnie. Kolorowe jest  wszystko – od tkanin, biżuterii i ceramiki, po całe budynki i miasta.</p>
<p>Jednym z najpiękniejszych kolorów Maroka jest niebieski. W najstarszej dzielnica obecnej stolicy kraju <strong>Rabat</strong> uderza szczodrym użyciem błękitu – malowane są nie tylko drzwi i ramy  okien, ale i cokoły czy nawet całe elewacje domów. Błękitne są nawet  stojące na ulicach donice.</p>
<p>Jest to także kolor dominujący między w malowniczej <strong>Essaouirze. </strong>Jest  coś urzekającego już w samej nazwie tego dawnego portugalskiego portu,  ale Essaouira to także rzędy niebieskich łodzi, białe tynki domów,  wąskie ulice, mnóstwo galeryjek, gwarny targ rybny, pyszne pikantne  krewetki, transowa muzyka Gnaoua, a dla nas także pierwsza medina, w  której mogłyśmy się zgubić&#8230;</p>
<p>Miejsce jest wyjątkowo piękne, nie  przytłacza rozmiarem, a równowaga między turystyką, kulturą i  przemysłem rybnym powoduje, że można tam czuć się swobodnie, bez trudu  unikając natrętnego nagabywania. Nic dziwnego, że fascynowały wielu  artystów, w tym Orsona Wellsa, Jimiego Hendrixa czy Stinga.</p>
<p>Niestety  nie udało się nam dotrzeć do jednego z najbardziej niebieskich miejsc w  Maroku – niewielkich ogrodów Majorelle w Marrakeszu. Zostały założone w  1924 roku przez francuskiego malarza Jaquesa Majorelle, który mury i  ściany swojej rezydencji pokrył wyjątkowo intensywnym odcieniem kobaltu,  dziś znanym właśnie jako błękit Majorelle. Obecnie złożone są tam  również prochy Yves Saint Laurent, który przez wiele lat pozostawał  współwłaścicielem posiadłości.</p>
<p>BIAŁY</p>
<p>Biel pojawia się w niemal wszystkich nadmorskich miastach. Najbardziej oczywistym przykładem jest - jakżeby inaczej - <strong>Casablanca</strong>. Ta dawna kolonialna stolica przedstawia zupełnie inne oblicze Maroka – przestronne, nowoczesne, na wskroś europejskie.</p>
<p>Chociaż  miasto pełne jest  podupadających zabytków art deco, to wycieczki  obowiązkowo zabiera się do ukończonego w 1993 roku meczet Hassana II.  Już z daleka rzuca się w oczy najwyższy na świecie minaret mierzący aż  210 metrów. Świątynia ma także ogromny dach otwierany przy okazji wizyt  ważniejszych gości, a przez szklaną podłogę można kontemplować fale  Atlantyku. Jest jednym z nielicznych meczetów dostępnych dla  innowierców, ale wnętrza można zwiedzać wyłącznie z przewodnikiem o  określonych porach.</p>
<p>W sercu Casablanki wznosi się też imponująca  biała katedra Najświętszego Serca. Niestety została odnowiona jedynie z  zewnątrz, a wnętrze pozostawiono gołębiom. Miłośnicy architektury  współczesnej powinni jednak zajrzeć do innej katolickiego świątyni –  ukończonego w 1956 roku kościoła Matki Boskiej z Lourdes. Surowe,  betonowe wnętrze przecinają kolorowe snopy światła sączącego się przez  grube witraże.</p>
<p>Biały jest także największy marokański kurort turystyczny – <strong>Agadir</strong>.  Ludzi przyciągają tam komfortowe hotele, czysty piasek, ciepłe fale  Atlantyku i 300 dni słonecznych w roku. Po plaży biegają skąpo odziane  dziewczyny, a o tym, że jest to kraj muzułmański przypomina jedynie  napis na wzgórzu: الوطن الملك الله (Allah, naród, król).</p>
<p>Chociaż  miasto ma długą historię to jednak nie znajdziemy tam żadnych zabytków -  nawet górujące nad zatoką ruiny kazby to jedynie replika. W lutym 1960  roku silne trzęsienie ziemi doszczętnie zniszczyło wszystkie budynki i  zamiast próby odtworzenia miasta władze podjęły decyzję o stworzeniu  nowoczesnego miasta turystycznego. Na szczęście wciąż większość hoteli  jest niższa od otaczających je palm, a 10 kilometrów plaż pozwala na  rozładowanie tłumów. Na jednym z jej końców wybudowano marinę otoczoną  stylowymi apartamentowcami, których ceny nie ustępują europejskim.  Architektura, chociaż nowoczesna, wyraźnie czerpie inspirację z  berberyjskich kazb spotykanych na południu kraju.</p>
<p>KOLORY ZIEMI</p>
<p>W  wielu miejscach, zwłaszcza w głębi kraju, miasta przyjmują kolor  otaczającej je ziemi. Fez, Rabat, Meknes i El Jadida mienią się  odcieniami ochry i sepii, a Marrakesz?</p>
<p>Leżący u podnóża ośnieżonych szczytów Atlasu Wysokiego <strong>Marrakesz</strong> zwany jest często Czerwonym Miastem, chociaż kolor bliższy jest  niezwykłemu cynamonowemu różowi. Jest najważniejszą z dawnych stolic  imperium. To miejsce malownicze, gwarne i&#8230; rozczarowujące. Największym  epicentrum komercji jest targ Djamaa el Fna, z zaklinaczami węży,  opowiadaczami historii i masą naciągaczy - karykaturalna kwintesencja  Maroka. Ale nie trzeba daleko szukać, by odnaleźć autentyczne smaki i  zapachy, czy zachwycić się kunsztem rzemiosła pięknie podkreślanym przez  zwrotnikowe słońce&#8230;</p>
<p><strong>ORNAMENTY</strong></p>
<p><strong>Marrakesz </strong>od 1000 lat jest jednym z najważniejszych  miast Maroka. Tamtędy przechodziły karawany ze złotem, kością słoniową i  niewolnikami, a dla przyciągnięcia pielgrzymów sprowadzono szczątki  siedmiu świętych Islamu.</p>
<p>Jednym z najpiękniejszych  obiektów w Marrakeszu jest powstała w XIV wieku medresa Ben Jusufa. Ta  dawna szkoła koraniczna jest wspaniale ozdobiona detalami wykonanymi w  XVI wieku w drewnie cedrowym i stiuku, kontrastującymi z ascetyczną  atmosferą cel studentów i nauczycieli. Co ciekawe nauka w medresach była  dostępna dla każdego mężczyzny, a biedni, zdolni studenci mogli nawet  liczyć na stypendia.</p>
<p>O tym, że kunszt marokańskich rzemieślników  już od dawna zanika, można przekonać się w pałacu Bahia. Ta rezydencja  francuskiego gubernatora powstała w połowie XIX-wieku. Atmosfera jest  bez wątpienia sielska i trudno nie doceniać chłodu sal i cienistych  dziedzińców, to jednak mariażowi islamsko - europejskiemu brak  wcześniejszej precyzji i lekkości.</p>
<p>Kunszt marokańskich  rzeźbiarzy można podziwiać nie tylko we wnętrzach pałaców, meczetów, czy  grobowców. Podobnie jak w innych kulturach świata, szczególną uwagę  przykładano do architektury i detalu bram miejskich, mających zachwycić  przybyszów już od pierwszego wrażenia. Wspaniałe przykłady można znaleźć  w Marrakeszu czy Fezie, ale za jedną z najpiękniejszych uznaje się  powstałą w XVIII wieku Bab Mansour w <strong>Meknes</strong>. Co ciekawe, marmurowe kolumny pochodzą z ruin pobliskiego <strong>Volubilis</strong> - miasta, które około III-wieku p.n.e. Rzymianie założyli do zarządzania prowincją Mauretania.</p>
<p><strong>ŚWIATŁO</strong></p>
<div class="desc">
<p>Oprócz kunsztu rzemiosła nie sposób nie doceniać zwrotnikowego  słońca, które krzywą, odrapaną ścianę zamienia w malownicze dzieło  sztuki. Miejscem którego niezwykłość podkreśla światło i cień jest fezka  medina. Przez wieki <strong>Fez </strong>był stolicą Maroka i wciąż stanowi jedno z najważniejszych miast w świecie islamskim.</p>
<p>Fez-al-Bali,  czyli Stare Miasto, najłatwiej ogarnąć z fortecy na przeciwległym  wzgórzu. Nie pomoże to jednak w orientacji. Zwężające się ku górze  tunele krzywych uliczek i perły architektury wplątane w labirynt  rozpadających się murów- to podobno jedna z najdłużej cięgle  zamieszkałych osad ludzkich na Ziemi - i wciąż pozbawiona jest ruchu  kołowego. Muły i osły transportują dosłownie wszystko, a na okrzyki  „belek, belek!” ludzie posłusznie ustępują im drogi. Chociaż na miejscu  zwalonych budynków powstają nowe, to jednak ma się wrażenie, że czas tam  się zatrzymał. W rzeczywiście jest to ogromny skansen – na początku XIX  wieku francuski zarządca generalny Maroka – generał Lyautney zachwycony  mediną wydał zakaz jej modernizacji.</p>
<p>Fez to nie tylko  turystyczna atrakcja, ale przede wszystkim duchowa stolica kraju. W  Islamie od dawna łączono meczety z medresami – muzułmańskimi  uniwersytetami nauczającymi nie tylko religii, ale także między innymi  retoryki, medycyny, prawa, astronomii, chemii czy geografii. To tu  znajduje się jeden z najstarszych, i najdłużej nieprzerwanie  działających, uczelni świata – założona w 859 roku medresa  Al-Karawijjin. W średniowieczu stanowiła ona istotne ogniwo wymiany  wiedzy między światem muzułmańskim a europejskim, goszcząc także  chrześcijańskich uczonych.<br />
Wiele szerszych ulic w medinach  zacienia się rozpinając tkaniny, czy zakrywa drewnianymi pergolami.  Tradycyjnie w ścianach zostawia się niewielkie okna, ledwie sączące  światło do wnętrz.</p>
<p>W dawnej portugalskiej fortecy<strong> El Jadida</strong> znajduje się jeden z najbardziej niezwykłych budynków w Maroku –  cysterna - spory zbiornik wody deszczowej ukryty między murami domów,  tak skutecznie, że długo pozostawał w zapomnieniu, nawet dla właścicieli  domu. W podziemiu panuje przyjemna wilgoć, półmrok i niezwykły spokój, a  snop światła sączący się z otworu w sklepieniu nadaje wnętrzu niemal  sakralny charakter&#8230;</p>
<p><strong>SMAKI I ZAPACHY</strong></p>
<div class="desc">
<p>Smaki Maroka to przede wszystkim przyprawy – na każdym targu  piętrzą się ułożone w kolorowe stożki, a obok pachną naręcza świeżych  ziół. Nawet pozornie zwykła słodka papryka ma niezapomniane bogactwo  smaku. Podobnie jak aromat kuminu, który zdecydowanie różni się od  zwietrzałych proszków dostępnych w Polsce – jest tak intensywny, że nie  każdemu może już przypaść do gustu.  Za niewielkie pieniądze można  zaopatrzyć się także w spore zapasy szafranu.</p>
<p>Oprócz przypraw  na targach można kupić również suszone owoce. W Marrakeszu, od kobiety o  ogromnych, czarnych oczach kupiłyśmy wielką tytkę różnych odmian  daktyli -  ich cena wahała się od 15 do 160 dirhamów za kilogram, ale te  najdroższe nawet po kilku tygodniach (!) wciąż były miękkie i soczyste.</p>
<p>Zbrodnią  jednak byłoby nie skosztowanie świeżych owoców. Jadąc z Agadiru w  stronę Essaouiry zatrzymaliśmy się w malutkiej mieścinie Tamri.  Wprawdzie nie ma w niej nic, co mogłoby przyciągać turystów&#8230; może poza  egzotyką zakrwawionych kozich łbów&#8230; ale warto zaopatrzyć się tam w  obłędnie słodkie banany, świeżo zebrane na pobliskich plantacjach.</p>
<p>Ciekawym  owocem jest niespotykany w Polsce loquat, czyli nieśplik japoński –  podobny do żółtych śliwek, soczysty, lekko kwaskowaty i – jak wszystkie  marokańskie owoce – bardzo słodki.</p>
<p>Smak Maroka to także wspaniałe  oliwki – zielone, różowe i  czarne - tradycyjnie jadane na śniadanie,  kiszone, marynowane w ziołach  czy bez, mocno solone i łagodne&#8230; Jadane  z chlebem maczanym w  oliwie&#8230;</p>
<p>Jednym z celów mojego  wyjazdu do Maroka było skosztowanie mleczno – awokadowego szejka.  Chociaż wszystkie składniki są dostępne także w naszych sklepach, to  smak owoców dojrzewających w afrykańskim słońcu nie ma sobie równego i  odtąd korzystałam z każdej okazji by próbować wariacji na temat tych  wyśmienitych marokańskich napojów. Zwykły sok ze świeżo wyciśniętych  pomarańczy nie ma porównania z czymkolwiek dostępnym na naszych  szerokościach geograficznych.</p>
<p>Nawet „nuss - nuss”, czyli espresso z ciepłym mlekiem – niby zwyczajne, a jednak wszędzie smakowało wspaniale.</p>
<p>W  Maroku niezwykle często pije się herbatę miętową – mocno słodzoną i  nieziemsko aromatyczną. Przygotowuje się ją zaparzając zieloną herbatę,  filtrując ją, słodząc i ponownie lekko zagotowując. Tak przygotowanym  naparem zalewa się świeże liście mięty i z wysoka przelewa do  niewielkich szklanek, tak aby powstała delikatna pianka&#8230;</p>
<p>Maroko  słynie głównie z połowów sardynek, ale bogactwo ryb jest tak ogromne,  że znajdzie się też coś o większych gabarytach. W El Jadidzie zjadłyśmy  talerz pełen ryb i krewetek (porcja była w sam raz na lunch dla dwóch  osób) – przygotowane bez zbędnych przypraw ujawniały bogactwo smaku  świeżych produktów. Do nich podany był niewielki, płaski chlebek. Póki  ciepły jest pyszny, ale później robi się nazbyt gumiasty&#8230;.Na  plaży, w przytulnym turystycznym miasteczku Oualidija  skosztowałyśmy  świeżo wyłowionych małż i jeżowców (te drugie smakiem nie  zachwycały), a  w Safi  spróbowałyśmy wyśmienitej,  zaskakującej, lekko  pikantnej  marokańskiej wariacji na temat ślimaków. Podobnie przyprawione  były  wspaniałe, choć malutkie krewetki jedzone w malutkiej knajpce na  uboczu  mediny w Essaouirze.</p>
<p>O ile przypraw w Maroku jest  mnóstwo, to zwykle stosowane są z umiarem, nie zagłuszając smaku samych  składników potraw. Łagodna jest harira – zupa z cieciorki, czy  tradycyjny berberyjski kuskus.</p>
<p>Daniem bardzo charakterystycznym  dla kuchni marokańskiej jest tajin To rodzaj łagodnie przyprawionego  gulaszu z rozmaitych mięs i warzyw, o pięknym szafranowym kolorze i  przygotowywanym w stożkowym naczyniu o tej samej nazwie. Tadżin z  koźliny, który jadłyśmy w knajpce dla lokalnych podróżnych było  wyśmienite. Trzeba jednak przyznać, że istnieje rzesza osób  rozczarowanych rozgotowaną, tłustą papką, na którą często można trafić.</p>
<p>Warto jeszcze wspomnieć o oleju arganowym. Obecnie zyskuje  popularność w kosmetyce, ale tradycyjnie używa się go również w kuchni.  Prażenie orzeszków nadaje mu bursztynowy kolor i  charakterystyczny,  intensywny aromat. Świetny jest zarówno do gotowania, jak i dodatek do  chleba czy sałatek. Niezwykle wytrzymałe drzewa arganowe niegdyś  porastały północną Afrykę, ale dziś występują wyłącznie w jednym rejonie  Maroka, gdzie tworzą gaje malowniczo obwieszone czarnymi kozami.  Obecnie produkcja olejku skupiona jest w spółdzielniach wspieranych  przez międzynarodowe organizacje kobiece. Pozwalają one Berberyjkom na  większą niezależność finansową oraz wspierają edukację i opiekę  zdrowotną w biednych rejonach Maroka.</p>
<p><strong>&#8230;</strong></p>
<p>Nie tylko kuchnia Maroka jest różnorodna i bogata w smaki. Wychodząc  ze średniowiecznej mediny trafia się na szerokie aleje, którymi  spaceruje się w cieniu palm. Chociaż miasta są gwarne, to łatwo znaleźć  oazy spokoju i odpocząć przy szumie fontann. Wodę spotyka się na każdym  kroku, i widać, że Marokańczycy ją kochają.</p>
<p>Przez tysiąclecia  łączyły się tam kultury i religie. Z Europy przybywali Rzymianie,  Portugalczycy, Hiszpanie czy Francuzi, z Afryki Berberowie i Arabowie.  Przez Maroko wędrowały też karawany z głębi Sahary. Swoje piętno  odcisnęli również Maurowie wygnani z Półwyspu Iberyjskiego. Od wieków  obok Islamu współistniały Judaizm i Chrześcijaństwo.</p>
<p>Ludzie są  otwarci, ale też pełni temperamentu – uśmiech odwzajemniają z nawiązką,  podobnie jak i agresję&#8230; warto o tym pamiętać skąpiąc paru dirhamów  robiąc zdjęcia z ukrycia.</p>
<p>Maroko to kraj pełen  kontrastów, fascynujący, egzotyczny, ale jednocześnie zrozumiały dla  Europejczyka i osiągalny w zaledwie kilka godzin. Zauroczy, jeśli tylko  zechcemy otworzyć się i będziemy traktować ludzi z szacunkiem&#8230;</p></div>
</div>
</div>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://blog.ewakokott.com/lang/en/2011/04/30/kolory-smaki-i-zapachy-maroka/feed</wfw:commentRss>
		</item>
		<item>
		<title>Tam gdzie diamenty leżą na pustyni</title>
		<link>http://blog.ewakokott.com/lang/en/2010/05/26/tam-gdzie-diamenty-leza-na-pustyni</link>
		<comments>http://blog.ewakokott.com/lang/en/2010/05/26/tam-gdzie-diamenty-leza-na-pustyni#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 26 May 2010 20:24:48 +0000</pubDate>
		<dc:creator>ewKa</dc:creator>
		
		<category><![CDATA[Africa]]></category>

		<category><![CDATA[Namibia]]></category>

		<category><![CDATA[Journeys]]></category>

		<category><![CDATA[opuszczone miasto]]></category>

		<category><![CDATA[pustynia]]></category>

		<category><![CDATA[zwierzęta]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://blog.ewakokott.com/lang/pl/2010/06/04/tam-gdzie-diamenty-leza-na-pustyni</guid>
		<description><![CDATA[Im bliżej Luderitz, tym krajobraz robił się bardziej pustynny. Kiedy nie było już nic poza hałdami kamieni i piasku na tle błękitnych wód Atlantyku  wyłoniła się iglica kościoła. Chłodny wiatr od razu skłonił nas do wrzuceniu polarów na grzbiet. W lokalnym sklepie z pamiątkami załatwiliśmy wejściówki do opuszczonego miasteczka Kolmanskop, zarezerwowaliśmy rejs do koloni [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div>Im bliżej <strong>Luderitz</strong>, tym krajobraz robił się bardziej pustynny. Kiedy nie było już nic poza hałdami kamieni i piasku na tle błękitnych wód Atlantyku  wyłoniła się iglica kościoła<span id="more-607"></span>. Chłodny wiatr od razu skłonił nas do wrzuceniu polarów na grzbiet. W lokalnym sklepie z pamiątkami załatwiliśmy wejściówki do opuszczonego miasteczka Kolmanskop, zarezerwowaliśmy rejs do koloni pingwinów, a przy okazji wypytaliśmy o noclegi. Przy tak wietrznej pogodzie nie bardzo chcieliśmy się męczyć w namiocie, a ceny pokoi okazały się całkiem przystępne - za tą samą cenę co kempingi w namibijskich parkach mieliśmy do dyspozycji właściwie cały mały domek z kuchnią i salonem. Do tego z tarasu rozciągał się piękny widok na port i niemal całe miasteczko.<br />
Po południe spędziliśmy na włóczeniu się uliczkami tej spokojnej mieściny. Podobnie jak w Swakopmund pełna jest starych, kolorowych domów. Najokazalsza willa stoi dość wysoko na kamiennym wzgórzu, w pobliżu starego kościoła. Jej niemiecki styl jest oczywiście wyjątkowo surrealistyczny jak na afrykańską ziemię, ale trzeba przyznać, że musiało się w niej wygodnie mieszkać.<br />
W samym Luderitz nie bardzo jest co robić, a pustynia otaczająca miasteczko należy do kompani diamentowych i nie mamy wątpliwości, że wtargnięcie na nią nie jest mile widziane. Udostępniono turystom jedynie niewielki, kamienisty półwysep pełen zatoczek i niby-fiordów zamieszkałych jedynie przez flamingi.Można za to udać się na rejs katamaranem bądź szkunerem. Rzut monetą zadecydował, że wybraliśmy szkuner Selina. Kapitan pracuje również jako &#8220;poławiacz diamentów&#8221; to też okoliczne wody zna niemal od każdej strony.<br />
Głównym punktem programu była kolonia pingwinów przylądkowych (?) na wyspie <strong>Halifax</strong>, ale płynie się tam często w towarzystwie fok i delfinów. Namibia nie jest wprawdzie znana z bogatej fauny morskiej, a wygląda na to, że niesłusznie - w drodze powrotnej mieliśmy szczęście obserwować nawet humbaka! Jego historia jest jednak dość smutna, bo od kilku tygodni codzienne wraca do zatoki, gdzie na brzegu spoczął jego towarzysz. Następnego ranka nasz gospodarz zauważył jednak kolejne dwa wieloryby, a sezonowo pojawiają się nawet orki.</p>
<p>Głównym magnesem dla turystów jest <strong>Kolmanskop</strong>. Położone jakieś 10km w głąb pustyni, bez własnego źródła wody, istniało jedynie ze względu na diamenty leżące wprost na piasku - w Namibii bowiem nie trzeba ich wydzierać z głębi ziemi! Zostały wypłukane przez rzeki z bogatych botswańskich złóż i teraz wystarczy je pozbierać z pustyni bądź pobliskiego dna morza. Rzecz jasna część mieszkańców Kolmanskop była milionerami, to też lokalny sklep zaopatrzano w kawior i szampana. Wodę pitną przywożono aż z Cape Town i, co ciekawe, była droższa od piwa sprowadzanego z Niemiec. Miasteczko opustoszało jakieś pół wieku temu nie dla tego, że skończyły się klejnoty, ale nad rzeką Orange odkryto złoża kilkukrotnie większych kamieni i te tereny odłożono na późniejsze czasy. Obecnie jedynymi mieszkańcami miasteczka są węże i szakale, a budynki systematycznie - i malowniczo - pogrążają się w piasku.</div>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://blog.ewakokott.com/lang/en/2010/05/26/tam-gdzie-diamenty-leza-na-pustyni/feed</wfw:commentRss>
		</item>
		<item>
		<title>Po co komu gorące źródła w afrykańskim upale?</title>
		<link>http://blog.ewakokott.com/lang/en/2010/05/24/po-co-komu-gorace-zrodla-w-afrykanskim-upale</link>
		<comments>http://blog.ewakokott.com/lang/en/2010/05/24/po-co-komu-gorace-zrodla-w-afrykanskim-upale#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 24 May 2010 20:24:40 +0000</pubDate>
		<dc:creator>ewKa</dc:creator>
		
		<category><![CDATA[Africa]]></category>

		<category><![CDATA[Namibia]]></category>

		<category><![CDATA[Journeys]]></category>

		<category><![CDATA[kanion]]></category>

		<category><![CDATA[pustynia]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://blog.ewakokott.com/lang/pl/2010/06/04/po-co-komu-gorace-zrodla-w-afrykanskim-upale</guid>
		<description><![CDATA[Naszym następnym celem było samo południe Namibii, ale po drodze zatrzymaliśmy się na nocleg na zboczach wygasłego wulkanu Bukkaros. Kemping prowadzony jest przez lokalną wspólnotę i można go dyplomatycznie nazwać &#8220;podstawowym&#8221; - póki co nie ma tam w ogóle bieżącej wody, ale najwyraźniej pracują nad tym problemem. Większość ludzi nocuje w bardziej luksusowym Lesie Kołczanowym, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Naszym następnym celem było samo południe Namibii, ale po drodze zatrzymaliśmy się na nocleg na zboczach wygasłego wulkanu <strong>Bukkaros</strong><span id="more-605"></span>. Kemping prowadzony jest przez lokalną wspólnotę i można go dyplomatycznie nazwać &#8220;podstawowym&#8221; - póki co nie ma tam w ogóle bieżącej wody, ale najwyraźniej pracują nad tym problemem. Większość ludzi nocuje w bardziej luksusowym Lesie Kołczanowym, dzięki czemu byliśmy kompletnie sami. Niestety kolejny raz w nocy zrywał się silny wiatr, co dało wprawdzie ukojenie po gorącym dniu, ale bez stoperów w uszach ciężko było odpocząć&#8230;<br />
Nad ranem podjechaliśmy na górną część kempingu, skąd wyrusza krótki szlak na szczyt. Znajdują się tam skromne resztki niemieckiego obserwatorium astronomicznego, ale widok na rozległe, trawiaste równiny jest imponujący i zdecydowanie wart wypocenia odrobiny cennej wody.</p>
<p>Koło południa dotarliśmy do <strong>Lasu Kołczanowego</strong>. Nazwanie rzadko rozsianych drzew lasem wydaje się być mocno przesadzone, ale ten drzewiasty krewny aloesu zwykle należy do samotników. W stosunku do niejakiego &#8220;placu zabaw gigantów&#8221; wykazaliśmy się kompletną ignorancją i zwyczajnie go sobie odpuściliśmy, tym bardziej, że południowy upał nie zachęcał do spacerów. Dzięki temu też bez pośpiechu dotarliśmy na zachód słońca nad <strong>kanionu rzeki Fish</strong>. Gwoli ścisłości - zachód był dość mizerny i tylko przeszkadzał w podziwianiu ogromnej wyrwy w ziemi. Aż trudno uwierzyć, że dokonała tego niewielka, ledwo płynąca rzeczka!</p>
<p>Nad ranem byliśmy jeszcze zaangażowani w akcję podrzucenia kilku osób na punkt początkowy kilkudniowego trekingu po dnie kanionu, jako że parkowy transport gdzieś po afrykańsku się zawieruszył. Wprawdzie ominął nas wschód słońca, ale za to mieliśmy okazję pogadać z polskimi astronomami i przyjrzeć się jaki ekwipunek mają lokalni turyści - wręcz zaimponowali nam noszeniem drewna i kratek na braai! Co ciekawe na dno kanionu nie wolno w ogóle schodzić bez uprzedniej rezerwacji i zwykli śmiertelnicy mogą go podziwiać jedynie z punktów widokowych przy wschodniej krawędzi urwiska. Wyjątek stanowi końcówka trasy przy<strong> Ai-Ais,</strong> gdzie  przy gorącym źródle urządzono przyzwoite Spa. Nie do końca rozumiem jak mogło komuś przyjść do głowy by w afrykańskim słońcu, przy gorącym wietrze buchającym z wnętrza kanionu, napełniać niemal wrzątkiem jeden jedyny basen! Wejście do niego jest doznaniem dość unikalnym, ale później upał staje się też jakby mniej doskwierający&#8230;</p>
<p>W stronę Luderitz udaliśmy się drogą biegnącą wzdłuż granicy z RPA. Był to trafny wybór, a trasa przez góry wzdłuż <strong>rzeki Orange</strong> i była jedną z najbardziej malowniczych w całej Namibii. Przyjemnie było też w końcu zobaczyć jakąś wartko płynącą rzekę otoczoną bujną, soczystą roślinnością. <span style="text-decoration: line-through;"><br />
</span></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://blog.ewakokott.com/lang/en/2010/05/24/po-co-komu-gorace-zrodla-w-afrykanskim-upale/feed</wfw:commentRss>
		</item>
		<item>
		<title>Pustynia idealna</title>
		<link>http://blog.ewakokott.com/lang/en/2010/05/20/pustynia-idealna</link>
		<comments>http://blog.ewakokott.com/lang/en/2010/05/20/pustynia-idealna#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 20 May 2010 20:24:22 +0000</pubDate>
		<dc:creator>ewKa</dc:creator>
		
		<category><![CDATA[Africa]]></category>

		<category><![CDATA[Namibia]]></category>

		<category><![CDATA[Journeys]]></category>

		<category><![CDATA[pustynia]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://blog.ewakokott.com/lang/pl/2010/06/04/pustynia-idealna</guid>
		<description><![CDATA[W końcu dotarliśmy do z jednego najbardziej rozpoznawalnych miejsc w Namibii - kwintesencji pustynności - piaszczystych wydm pustyni Namib. Na dobry początek musiano przypomniano nam, że jesteśmy w Afryce, kiedy w recepcji kempingu Sesriem nie potrafiono nam powiedzieć, czy mają wolne miejsce, bo faks z centrali jeszcze nie doszedł. Po dłuższym oczekiwaniu sami zadzwoniliśmy do [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>W końcu dotarliśmy do z jednego najbardziej rozpoznawalnych miejsc w Namibii - kwintesencji pustynności - piaszczystych wydm <strong>pustyni Namib</strong><span id="more-603"></span>. Na dobry początek musiano przypomniano nam, że jesteśmy w Afryce, kiedy w recepcji kempingu Sesriem nie potrafiono nam powiedzieć, czy mają wolne miejsce, bo faks z centrali jeszcze nie doszedł. Po dłuższym oczekiwaniu sami zadzwoniliśmy do Windhoek, gdzie stwierdzono, że  kemp wprawdzie jest pełny, ale i tak powinniśmy się zmieścić&#8230; oczywiście nie zdziwiło nas, że był daleki od przeludnienia&#8230;</p>
<p>Największy upał postanowiliśmy przeczekać w kanionie <strong>Sesriem</strong>. Nie jest on wybitnie imponujący, ale nam wystarczyło, że dawał przyjemny cień. Dopiero po południu wyruszyliśmy w głąb parku. Aby tam dotrzeć trzeba przejechać około 60 km, w tym ostatni odcinek przeznaczony jest zdecydowanie dla aut 4&#215;4 . Tam też trafiliśmy na grupkę Niemców zakopaną w piasku &#8220;terenowawym&#8221; autem. Pomoc w wydostaniu ich zajęła sporo czasu, więc wieczorem zdążyliśmy tylko pokręcić się po <strong>Sossusvlei</strong>. Dolina była opustoszała, więc mogliśmy w ciszy kontemplować to niezwykłe morze delikatnego piasku. Przy zachodzącym słońcu wydm wiatr odrywał od krawędzi wydm brzoskwiniowego pióropusze pyłu.</p>
<p>Na wschód słońca planowaliśmy bardzo zachwalany lot balonem, organizowane przez sympatyczne małżeństwo emigrantów z Belgii. Uprzedzano nas wprawdzie, że ostatnimi dniami wiatr uniemożliwiał starty. Przy piątej próbie postawienia balonu byliśmy już nawet w koszu, ale kolejne silniejsze podmuchy skłoniły Belga do rezygnacji. Z przeprosinami podano więc nam croissanty z kawą, a kto mógł przeniósł rezerwację na następny poranek. Oczywiście nie było już mowy na dotarcie do <strong>Dead Vlai </strong>przed tłumami turystów. Na szczęście słońce było już tak wysoko i upał osiągnął swoje wyżyny, więc większość ludzi satysfakcjonowała się ogólnym ujęciem doliny i wracała na zacieniony parking. Oprócz dość dokładnego obejrzenia i obfotografowania kikutów drzew wystających z solnej skorupy, wymyśliliśmy sobie wdrapanie się na pobliską wydmę. Nie wyglądała na zbyt wysoką, dopóki nie zaważyłam na szczycie dwóch maleńkich, humanoidalnych kropek. Właściwie w połowie drogi miałam dosyć. Organizm wyraźnie nie nadążał z chłodzeniem, więc zajęłam się gonieniem żuczków tok-tokkie, przy okazji odkrywając przyjemnie chłodny piasek na dłużej zacienionym, południowym stoku. Facetom po zejściu z jak się okazało 250-metrowej wydmy - też się odechciało dalszego eksplorowania pustyni. Zresztą i tak była już pora na opuszczenie parku i udanie się w stronę Windhoek, gdzie jeden z nas kończył swoją część podróży&#8230;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://blog.ewakokott.com/lang/en/2010/05/20/pustynia-idealna/feed</wfw:commentRss>
		</item>
		<item>
		<title>Namib czy Naukluft - oto jest pytanie</title>
		<link>http://blog.ewakokott.com/lang/en/2010/05/18/namib-czy-naukluft-oto-jest-pytanie</link>
		<comments>http://blog.ewakokott.com/lang/en/2010/05/18/namib-czy-naukluft-oto-jest-pytanie#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 18 May 2010 20:23:59 +0000</pubDate>
		<dc:creator>ewKa</dc:creator>
		
		<category><![CDATA[Africa]]></category>

		<category><![CDATA[Namibia]]></category>

		<category><![CDATA[Journeys]]></category>

		<category><![CDATA[pustkowia]]></category>

		<category><![CDATA[pustynia]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://blog.ewakokott.com/lang/pl/2010/06/04/namib-czy-naukluft-oto-jest-pytanie</guid>
		<description><![CDATA[Po nieudanej próbie dotarcia do Sandwich Harbour postanowiliśmy skorzystać z
ważnej przepustki do Parku Namib-Naukluft i wybraliśmy się na Welwititschia
Drive. 130-kilometrowa trasa wiedzie przez żwirowe równiny niepozornych porostów,
średnio interesujące pozostałości kilku kopalni żelaza, spektakularny księżycowy krajobraz no i w końcu piaszczyste pola pełne Welwitschia mirabilis. Te wyjątkowe rośliny występują jedynie na pustyni Namib, a
wiek najstarszego okazu [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Po nieudanej próbie dotarcia do Sandwich Harbour postanowiliśmy skorzystać z<br />
ważnej przepustki do <strong>Parku Namib-Naukluft </strong>i wybraliśmy się na <strong>Welwititschia<br />
Drive</strong><span id="more-601"></span>. 130-kilometrowa trasa wiedzie przez żwirowe równiny niepozornych porostów,<br />
średnio interesujące pozostałości kilku kopalni żelaza, spektakularny księżycowy krajobraz no i w końcu piaszczyste pola pełne <em>Welwitschia mirabilis.</em> Te wyjątkowe rośliny występują jedynie na pustyni Namib, a<br />
wiek najstarszego okazu szacuje się na jakieś 1500 lat. Jest rzeczywiście imponujących rozmiarów, ale kto wie czy nie miało na to wpływu pobliskie złoże uranu?</p>
<p>Przed wyruszeniem w głąb kraju zapiaszczyliśmy się jeszcze wstępnie na 100-metrowej Wydmie Nr 7, po czym skierowaliśmy się do przełęczy <strong>Kuiseb</strong>. Wybraliśmy okrężną, południową trasę wiodącą przez pustkowia pustyni <strong>Namib</strong>. Droga okazała się wyjątkowo nudna i dopiero po przekroczeniu kanionu rzeki Kuiseb krajobraz wrócił do wysokich, namibijskich standardów malowniczości. Późnym popołudniem zatrzymaliśmy się jeszcze w uroczej osadzie <strong>Solitare</strong>, gdzie ja utknęłam przy fotogenicznych wrakach aut, a faceci bez zastanawiania się popędzili do ciastkarni.</p>
<p>Do parku <strong>Gór Naukluft</strong> dotarliśmy tuż przed zachodem słońca, wystarczająco wcześnie by zdołać wysłuchać bardzo szczegółowego opisu szlaków i zrobić kilka rundek wokół niemal pustego kempingu w poszukiwaniu idealnie płaskiego miejsca na nocleg. Następnego ranka nie specjalnie spieszyliśmy się z wyjściem w góry, a i po drodze grzebałam się co krok zachwycając się wysypem &#8220;kwiatków i żuczków&#8221;. Nic więc dziwnego że ten zaledwie 17-kilometrowy szlak Waterkloof kończyliśmy już późnym popołudniem, ale jakaż to była przyjemna odmiana od ciągłego siedzenia w aucie. Przy wieczornym braai&#8217;u popijanym wyśmienitym piwek Windohek obserwowaliśmy jak kemping zapełnia si Środkiem rząd drzew wyznaczał przebieg podziemnej rzeki. sporym tłumkiem ludzi, a obsługa przegania pawiany&#8230;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://blog.ewakokott.com/lang/en/2010/05/18/namib-czy-naukluft-oto-jest-pytanie/feed</wfw:commentRss>
		</item>
		<item>
		<title>Wulkany i pertoglify</title>
		<link>http://blog.ewakokott.com/lang/en/2010/05/17/wulkany-i-pertoglify</link>
		<comments>http://blog.ewakokott.com/lang/en/2010/05/17/wulkany-i-pertoglify#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 17 May 2010 10:46:20 +0000</pubDate>
		<dc:creator>ewKa</dc:creator>
		
		<category><![CDATA[Africa]]></category>

		<category><![CDATA[Namibia]]></category>

		<category><![CDATA[Journeys]]></category>

		<category><![CDATA[pustkowia]]></category>

		<category><![CDATA[UNESCO]]></category>

		<category><![CDATA[wulkany]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://blog.ewakokott.com/?p=692&amp;lang=pl</guid>
		<description><![CDATA[
Dla większości podróżników Damaraland to wyłącznie skamieniałe drzewa przyniesione przez powódź 250 tysięcy lat temu i 2000-letnie (jeśli nie nawet 6000-letnie) petroglify przy Wątpliwym Źródle (Twyfelfontein),  wpisane na listę światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO. Dla mnie  jest to jednak przede wszystkim kraina pięknych krajobrazów.  Rozczarowani płonącą górą i niejakimi organami zapuściliśmy się wąska [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="desc">
<p>Dla większości podróżników <strong>Damaraland </strong>to wyłącznie <strong>skamieniałe drzewa</strong> przyniesione przez powódź 250 tysięcy lat temu i 2000-letnie (jeśli nie nawet 6000-letnie) petroglify przy Wątpliwym Źródle (<strong>Twyfelfontein</strong>),  wpisane na listę światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO. Dla mnie  jest to jednak przede wszystkim kraina pięknych krajobrazów.  Rozczarowani płonącą górą i niejakimi organami zapuściliśmy się wąska  dróżką z dala od utartych szlaków, jadąc gdzieś w stronę wygasłych  wulkanów. Nocowaliśmy na zacisznej przełęczy. Cudownie spokojny wieczór  zakłócił jedynie skorpion, który postanowił schronić się w jednym z  plecaków, ale była to ostatnia decyzja w jego życiu.</p>
<p>Następnego  dnia zbliżyliśmy się do osad ludzkich. Trudno pojąć z czego ludzie tam  żyją, bo ziemia uboga, a do cywilizacji daleko. W podziękowaniu za  zdjęcie z osiołkiem pozbyliśmy się trochę jedzenia i po kilku godzinach  wróciliśmy na szlak wiodący do wybrzeża atlantyckiego..</p></div>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://blog.ewakokott.com/lang/en/2010/05/17/wulkany-i-pertoglify/feed</wfw:commentRss>
		</item>
		<item>
		<title>No i gdzie te wraki?</title>
		<link>http://blog.ewakokott.com/lang/en/2010/05/16/no-i-gdzie-te-wraki</link>
		<comments>http://blog.ewakokott.com/lang/en/2010/05/16/no-i-gdzie-te-wraki#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 16 May 2010 20:23:49 +0000</pubDate>
		<dc:creator>ewKa</dc:creator>
		
		<category><![CDATA[Africa]]></category>

		<category><![CDATA[Namibia]]></category>

		<category><![CDATA[Journeys]]></category>

		<category><![CDATA[wraki]]></category>

		<category><![CDATA[wybrzeże szkieletów]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://blog.ewakokott.com/lang/pl/2010/06/04/no-i-gdzie-te-wraki</guid>
		<description><![CDATA[Temperatura jakby trochę spadła, pojawiło się więcej jasno żółtego piasku, a w końcu i wzburzone wody Atlantyku - dotarliśmy na Wybrzeże Szkieletów. Krajobraz jest wybitnie nieprzyjazny. Roczne opady deszczu wynoszą zero, ale wilgotne powietrze pozwala przetrwać kilku roślinom, zapoczątkowując delikatny łańcuszek pokarmowy.
Swoistą oazą jest ponad stutysięczna kolonia fok na Cape Cross. Trudno określić, czy wcześniej [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Temperatura jakby trochę spadła, pojawiło się więcej jasno żółtego piasku, a w końcu i wzburzone wody Atlantyku - dotarliśmy na <strong>Wybrzeże Szkieletów</strong><span id="more-599"></span><strong>.</strong> Krajobraz jest wybitnie nieprzyjazny. Roczne opady deszczu wynoszą zero, ale wilgotne powietrze pozwala przetrwać kilku roślinom, zapoczątkowując delikatny łańcuszek pokarmowy.</p>
<p>Swoistą oazą jest ponad stutysięczna kolonia fok na<strong> Cape Cross</strong>. Trudno określić, czy wcześniej ją słychać, czy czuć, a i do późnego wieczora nie mogliśmy się pozbyć wrażenia, że nawet nasze ubrania przesiąknęły tym &#8220;zapachem&#8221;. Do zwierząt podchodzi się jednak tak blisko, że warto się trochę poświęcić.</p>
<p>Niestety ze słynnych wraków statków niewiele zostało. Z oznaczonych na mapie udało się nam zobaczyć jedynie jakieś marne resztki kutra z późnych lat 70-tych - resztę prawdopodobnie zutylizowały fale i morska woda. Są jednak i nowsze dowody na słuszność nazw tego wybrzeża - w okolicach Swkopmund w 2008 roku kormorany dostały nowe lokum, póki co jeszcze w niezłym stanie.</p>
<p>Na lądzie można również znaleźć trochę rdzewiejącego żelastwa w postaci starej kopalni diamentów (obecnie reaktywowanej) oraz wieży wiertniczej pozostałej po kompletnie chybionym pomyśle eksploatowania ropy.<br />
<span style="text-decoration: line-through;"><br />
</span>Do <strong>Swakopmund</strong> dotarliśmy już po zmroku. Tym razem chcieliśmy trochę odpocząć od namiotu i przespać się w normalnym łóżku. Wybraliśmy dość starą, kolonialną willę, będącą pstrokatą krzyżówką alpejskiej chatki i pałacyku myśliwskiego. Zresztą miasteczko jest dość konsekwentnie kiczowate i nad ranem z mgły zaczęły wyłaniać się kolejne kolorowe budynki. Oczywiście w takich warunkach nie mogliśmy odmówić sobie zjedzenia apfel strudla.<br />
Swakopmund jest przyzwoitym kurortem wakacyjnym oferującym przeróżne formy aktywnego wypoczynku. Najpopularniejsze są quady i sandboarding, ale my wybraliśmy się na wycieczkę konną w świetle zachodzącego słońca, co przede wszystkim oszczędziło nam męczenia się w pustynnym upale. Jako że trafiły się nam całkiem charakterne konie przejażdżka okazała się dużo ciekawsza niż zakładaliśmy i jeszcze przez kilka dni poruszaliśmy się charakterystycznym krokiem, a niektórym udało się nawet odrapać plecy&#8230;</p>
<p>Kiedy decydowaliśmy się pojechać do Zatoki Kanapkowej (<strong>Sandwich Harbour</strong>) nie wiedzieliśmy jeszcze, że najniższa woda jest dość wcześnie rano. Zdecydowaliśmy się więc tylko pojechać fragmentem wybrzeża, by zobaczyć czemu przewodniki piszą o nim jakieś straszne rzeczy. Na dobry początek prawie wpakowaliśmy się w &#8220;salt pan&#8217;y&#8221;- normalnie nie sprawiające większych problemów, ale po nocnym sztormie pełne zdradzieckich, błotnych pułapek. Przenieśliśmy się więc na plażę jadąc po świeżo wyznaczonej trasie. Woda rzeczywiście podchodziła coraz wyżej, ale decyzję o zawróceniu okupiliśmy utknięciem się w wilgotnym piasku. Po mozolnym wykopywaniu nie chcieliśmy ryzykować kolejnej wtopy, więc czekał nas kilkukilometrowy spacerek do miejsca gdzie ślady skręcały głębiej w ląd i auto mogło bezpiecznie na nas zaczekać.<br />
Później jeszcze pokręciliśmy się przy wytwórni soli przy Walvis Bay i pojechaliśmy znów w stronę Swakopmund.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://blog.ewakokott.com/lang/en/2010/05/16/no-i-gdzie-te-wraki/feed</wfw:commentRss>
	<georss:point>-22.669335158129158 14.528045654296875</georss:point>	</item>
		<item>
		<title>Polowanie w Etoshy</title>
		<link>http://blog.ewakokott.com/lang/en/2010/05/13/polowanie-w-etoshy</link>
		<comments>http://blog.ewakokott.com/lang/en/2010/05/13/polowanie-w-etoshy#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 13 May 2010 20:23:34 +0000</pubDate>
		<dc:creator>ewKa</dc:creator>
		
		<category><![CDATA[Africa]]></category>

		<category><![CDATA[Namibia]]></category>

		<category><![CDATA[Journeys]]></category>

		<category><![CDATA[safari]]></category>

		<category><![CDATA[zwierzęta]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://blog.ewakokott.com/lang/pl/2010/06/04/polowanie-w-etoshy</guid>
		<description><![CDATA[Dość wcześnie rano dotarliśmy do wschodniej bramy Etoshy i zameldowaliśmy się na najbliższym kempie Namutoni.
Rezerwat diametralnie różni się od botswańskich. Drogi są łatwo dostępne dla miejskich aut, kempy wolne od dzikich zwierząt (jedynie szakale dają radę przesmyknąć się przez płot pod napięciem). Można też nocować w dość luksusowych bungalowach, zjeść w restauracji, kupić jakieś pamiątki, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Dość wcześnie rano dotarliśmy do wschodniej bramy <strong>Etoshy </strong>i zameldowaliśmy się na najbliższym kempie Namutoni.<span id="more-597"></span><br />
Rezerwat diametralnie różni się od botswańskich. Drogi są łatwo dostępne dla miejskich aut, kempy wolne od dzikich zwierząt (jedynie szakale dają radę przesmyknąć się przez płot pod napięciem). Można też nocować w dość luksusowych bungalowach, zjeść w restauracji, kupić jakieś pamiątki, a nawet uzupełnić paliwo.<br />
Po rozstawieniu stolika na wybranym przez nas miejscu kempingowym pojechaliśmy poszukać jakiejś zwierzyny. Park jest bardzo suchy, to też przy wielu &#8220;czynnych&#8221; wodopojach można było zobaczyć liczne ptaki, zebry, żyrafy, czy antylopy. W dość niskich zaroślach łatwo też było wypatrzeć grupę słoni, które po kąpieli w błocie pobiegły kilka kilometrów dalej uzupełnić płyny. Olbrzymy były dużo bardziej zaniepokojone naszą obecnością niż te w Botswanie, zwłaszcza gdy sami lekko zestresowani próbowaliśmy przygotować się do potencjalnej ucieczki. Dopiero wyłączenie silnika i spokojne czekanie rozluźniło atmosferę.<br />
Podczas safari obowiązuje tam zakaz wychodzenia z auta, a nawet wystawiania z niego jakichkolwiek części ciała. Trzeba jednak przyznać, że niektóre zwierzęta rzeczywiście płoszyły się na widok ludzi, podczas gdy auta generalnie ignorowały.<br />
Brak cienia i upał skłoniły nas do włączenia klimatyzacji i wycofania się na kemping. Dopiero pod wieczór wróciliśmy na szlak obserwując ogromną migrację zwierząt ciągnących do wodopojów. Skierowaliśmy się do Chudob gdzie kilka dni wcześniej widziano lamparta. Kociaków wprawdzie nie stwierdziliśmy, ale za to w świetle zachodzącego słońca stał nosorożec biały. Inne zwierzęta wyraźnie czuły respekt, bo omijały go wielkim łukiem i dopiero po jego niespiesznym odejściu jeziorko zapełniło się od licznych zwierząt. Na zakończenie towarzystwo rozgoniła hiena.<br />
Nad ranem Chudob okazał się pusty. Następny wodopój też sprawiał taki wrażenie, ale po chwili okazało się, że w trawie wyleguje się spora rodzinka lwów. Samiec z okazałą grzywą schował się gdzieś na uboczu, ale młode ochoczo baraszkowały. Znowu upał postanowiliśmy przeczekać na kempie. Wcześniej dowiedzieliśmy się, że w Okaukejo nie ma miejsc, więc musieliśmy zostać w mało uroczym Halali. Po drzemce i ostudzeniu się w basenie pojechaliśmy pokręcić się po okolicy. Po południe było dość nudne, a większość wodopojów okazała się wyschnięta. Widzieliśmy jedynie trochę antylop i dość odległą parę nosorożców z młodym. Staliśmy się za to fanami klubów biegacza przygłupich perliczek - całymi stadami pchały się pod koła, by potem długo w popłochu uciekać środkiem drogi. Już wracaliśmy na kemping, kiedy okazało się, że na środku głównej drogi w cieniu leży jakiś zwierz. Po ostrożnym podjechaniu okazało się, że to młody lampart niezbyt zestresowany naszą obecnością. Wdzięcznie zapozował do całej serii zdjęć, po czym uznał, że migawka może być potencjalną ofiarą i ze zbójeckim wzrokiem zaczął się do nas zbliżać. Niestety kolejne auta zbiły go z tropu i zwierzak uznał, że pora się zbierać&#8230;<br />
Na zachód słońca wybraliśmy się nad podświetlany wodopój - o ile w Namutoni przemknęło tylko kilka żyraf i cienie gnu, tak w Halali zobaczyliśmy naszego piątego i szóstego nosorożca  - całkiem nieźle jak na gatunek zagrożony!<br />
Ostatni dzień w Etoshy był dość rozczarowujący. Widzieliśmy wprawdzie setki zebr, trochę gnu, springboków, strusi i parę ptaków sekretarzy, ale większość wodopojów wyschła (nawet te oznaczone jako wspomagane pompami). Zachodnia część rezerwatu jest po prostu trawiastym pustkowiem i nawet miejsce piknikowe pozbawione jest cienia. Mieliśmy cichą nadzieję na zobaczenie gepardów, ale w takim upale też by mi się nie chciało ganiać. Przed opuszczeniem parku wysłaliśmy jeszcze pocztówki na poczcie w Okaukejo i udaliśmy się na poszukiwanie noclegu.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://blog.ewakokott.com/lang/en/2010/05/13/polowanie-w-etoshy/feed</wfw:commentRss>
		</item>
		<item>
		<title>Kasane i Wodospady Wiktorii (Zimbabwe)</title>
		<link>http://blog.ewakokott.com/lang/en/2010/05/07/kasane-i-wodospady-wiktorii-zimbabwe</link>
		<comments>http://blog.ewakokott.com/lang/en/2010/05/07/kasane-i-wodospady-wiktorii-zimbabwe#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 07 May 2010 18:48:45 +0000</pubDate>
		<dc:creator>ewKa</dc:creator>
		
		<category><![CDATA[Africa]]></category>

		<category><![CDATA[Botswana]]></category>

		<category><![CDATA[Journeys]]></category>

		<category><![CDATA[Zimbabwe]]></category>

		<category><![CDATA[UNESCO]]></category>

		<category><![CDATA[wodospad]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://blog.ewakokott.com/lang/pl/2010/05/09/kasane-i-wodospady-wiktorii-zimbabwe</guid>
		<description><![CDATA[Jako że nie udało się nam dostać żadnego innego noclegu w Chobe musieliśmy dojechać do samego Kasane, położonego tuż przy granicy z Zimbabwe. Droga wiodła początkowo przez gęsty busz, a później przez małe wioski. W Kasane uzupełniliśmy zapasy jedzenia i załatwiliśmy wycieczkę do wodospadów Victorii (&#8221;Victoria False&#8221; według lokalnej pisowni). Jest to dobra alternatywa do [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: left;">Jako że nie udało się nam dostać żadnego innego noclegu w Chobe musieliśmy dojechać do samego Kasane, położonego tuż przy granicy z Zimbabwe. Droga wiodła początkowo przez gęsty busz<span id="more-586"></span>, a później przez małe wioski. W Kasane uzupełniliśmy zapasy jedzenia i załatwiliśmy wycieczkę do wodospadów Victorii (&#8221;Victoria False&#8221; według lokalnej pisowni). Jest to dobra alternatywa do brania auta do Zimbabwe, co wiąże się z niemałym kosztem i dodatkowym zamieszaniem na granicy. Trochę mieliśmy obawy, czy wyjazd dojdzie do skutku, bo chłopak w recepcji był wyjątkowo nierozgarnięty. O ile oswoiliśmy się z ospałością Afrykańczyków, tak poważne kłopoty z dodawaniem, czy odejmowaniem mogą załamać. Nawet z kalkulatorem średnio sobie radzą. Nie było jednak źle i nad ranem pojawił się nowiutki busik.</p>
<p style="text-align: left;">Nie tylko w Botswanie deszcze były obfite, toteż ilość wody w Zambezi była niesamowita. Przez gęstą mżawkę nie sposób było ogarnąć wzrokiem cały uskok wodospadu. Mżawka to zresztą niezbyt właściwe określenie, gdyż w wielu miejscach był to po prostu ulewny deszcz. Moją kurtkę oddałam aparatowi, wystawiając obiektyw przez rękaw. Zresztą zmoknięcie w tak gorącym klimacie było prawdziwą przyjemnością, a później na słońcu wyschłam błyskawicznie.</p>
<p style="text-align: left;">Weszliśmy też na most graniczny między Zambią i Zimbabwe. Rzeka Zambezi jest tam wciśnięta w serię wąskich, wysokich wąwozów pełnych zdradliwych zawirowań. Most ma grubo powyżej stu metrów wysokości, to też organizowane są na nim skoki na bungee i tym podobne zajęcia &#8220;ekstremalne&#8221;. Tradycyjnie przed odjazdem musieliśmy odwiedzić lokalny targ z pamiątkami, gdzie każdy oczywiście miał najniższe ceny. Były też sugestie wymiany rzeźb za buty, koszulki a nawet skarpetki! Próbowano też wciskać banknoty o milionowych nominałach, tak jakby miało to na nas zrobić wrażenie&#8230; Ale byli też ludzie którzy chcieli po prostu porozmawiać - już zresztą nauczyliśmy się, że luźne pogadanki z obcymi nie są tu czymś niezwykłym.</p>
<p style="text-align: left;">Po powrocie do Kasane spotkaliśmy na kempie Holendra i Brytyjczyka. Obaj mieszkają w Afryce od dłuższego czasu i nie wyobrażają sobie powrotu do Europy. Spędziliśmy wieczór przy wspólnym grillowaniu, zwanym z południowoafrykańska braai, tradycyjnie opowiadając różne historie i popijając wyśmienite namibijskie piwo Windhoek. Tak upłynęła nam ostania noc z krótkiego pobytu w Botswanie.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://blog.ewakokott.com/lang/en/2010/05/07/kasane-i-wodospady-wiktorii-zimbabwe/feed</wfw:commentRss>
		</item>
		<item>
		<title>Chobe National Park</title>
		<link>http://blog.ewakokott.com/lang/en/2010/05/06/chobe-national-park</link>
		<comments>http://blog.ewakokott.com/lang/en/2010/05/06/chobe-national-park#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 06 May 2010 18:48:37 +0000</pubDate>
		<dc:creator>ewKa</dc:creator>
		
		<category><![CDATA[Africa]]></category>

		<category><![CDATA[Botswana]]></category>

		<category><![CDATA[Journeys]]></category>

		<category><![CDATA[safari]]></category>

		<category><![CDATA[zwierzęta]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://blog.ewakokott.com/lang/pl/2010/05/09/chobe-national-park</guid>
		<description><![CDATA[Wczesnym rankiem wyruszyliśmy w stronę Paku Narodowego Chobe. Czekała nas długa droga, bo najbliższy kemping w Savuti był całkowicie zarezerwowany i musieliśmy dotrzeć do oddalonego o około 300 km Linyanti. Wody na drogach mocno ubyło, ale wciąż pozostawały mocno rozjeżdżone błotniste dziury. Większość trasy jest mało ciekawa. Zdecydowanie najczęściej spotykanymi zwierzętami były impale. Dopiero zbliżając [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Wczesnym rankiem wyruszyliśmy w stronę <strong>Paku Narodowego Chobe</strong>. Czekała nas długa droga<span id="more-584"></span>, bo najbliższy kemping w Savuti był całkowicie zarezerwowany i musieliśmy dotrzeć do oddalonego o około 300 km Linyanti. Wody na drogach mocno ubyło, ale wciąż pozostawały mocno rozjeżdżone błotniste dziury. Większość trasy jest mało ciekawa. Zdecydowanie najczęściej spotykanymi zwierzętami były impale. Dopiero zbliżając się do Savuti krajobraz zmienił się w rozległe trawiaste równiny, pełne zebr i ptaków. Nie mogło też zabraknąć słoni. Wspięliśmy się też na jedno ze skalistych wzgórzem gdzie można zobaczyć stare malunki Buszmenów. Nie są imponujące, ale za to ze szczytu rozpościerał się niesamowity widok. Był tym bardziej niezwykły, że środkiem równiny meandrowała rzeka Savuti, która płynie tylko raz na kilkadziesiąt lat. Ponownie zapełniła się w 2009 roku, a tegoroczne obfite opady tylko utrzymały wysoki stan wody. Z przyjemnością pokręcilibyśmy się dłużej w tym rejonie, ale mielimy jeszcze do przejechania kolejne 40 kilometrów. Ponieważ zbliżaliśmy się do rzeki Linyanti nastawialiśmy się na kolejne podtopienia. Nie było jednak tak źle, chociaż droga była piaszczysta, a krzewy mocno ją zawężały. Przejeżdżając przez busz trudno wypatrzeć jakiekolwiek zwierzęta, więc widzieliśmy tylko nieliczne słonie. Kemping Linyanti jest pięknie położony, ale też bardzo podstawowy. Nie można nic zarzucić czystości, ale biorąc pod uwagę horrendalną cenę spodziewaliśmy się czegoś o wyższym standardzie. Z drugiej strony nie prędko zdąży się nam mieć ciepłą wodę z bojlera opalanego drewnem. Byliśmy tam kompletnie sami i w nocy tylko towarzyszył nam rubaszny śmiech hipopotamów.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://blog.ewakokott.com/lang/en/2010/05/06/chobe-national-park/feed</wfw:commentRss>
		</item>
	</channel>
</rss>

